Ziemniaczana zagłada Zielonej Wyspy

Zdaniem irlandzkiego nacjonalisty na uchodźstwie, Johna Mitchella, zarazę ziemniaczaną zesłał na nich Wszechmogący, lecz głód – Anglicy. Wszystko wskazuje na to, że miał rację.

Bridget O’Donnell i jej dwoje dzieci w czasie klęski głodu, źródło: domena publiczna.

Zielona Wyspa rzadko kiedy rozpieszcza piękną pogodą, lecz lato 1845 r. było wyjątkowo deszczowe. Dla ziemniaków wilgoć i chłód były jednoznaczne z późniejszymi zbiorami i mniejszymi plonami, a dla pierwotniaka grzybopodobnego (Phytophthora infestans) to idealne warunki rozwoju. Był to pierwszy rok ataku zarazy w Irlandii i nikt nie mógł przewidzieć, że wpłynie w tak istotny sposób na plony, ponieważ podziemna część roślin przetrwała nienaruszona. Dopiero po wykopkach bulwy zwiędły i zmieniły się w błoto. W kilka dni przepadła połowa zbiorów, a podczas kolejnej jesieni ziemniaków nie było wcale. Dlaczego mówimy o klęsce głodu, w trakcie której życie straciło ponad milion osób, jeżeli Irlandia stanowiła spichlerz Anglii, a uprawa ziemniaków zajmowała jedynie jedną trzecią ziem uprawnych? Problem wynikał z cen żywności. Dla większości mieszkańców wyspy ziemniaki były jedynym produktem, na jaki mogli sobie pozwolić, co spowodowane było sytuacją polityczną Irlandii. Po purytańskiej rewolucji Cromwella aż do 1829 r. katolicy stracili prawa obywatelskie i ziemię. Posiadali jedynie dwudziestą część irlandzkich gruntów, mimo że stanowili 80% mieszkańców wyspy. Większość nowych właścicieli stanowili angielscy arystokraci. Prowadzili życie poza Irlandią, gdzie ich majątki służyły tylko i wyłącznie jako źródło zysków. Na ich ziemiach nie uprawiano ziemniaków, ponieważ produkcja zboża i mięsa przynosiła o wiele większe przychody. Dlatego też Irlandia nie zyskiwała nic na tym procederze i była w ten sposób wykorzystywana. Irlandczycy nie mieli ziemi i fabryk, a trzy czwarte z nich było bezrobotnych. Szlachta razem z chłopami dzierżawiła ziemię w zamian za wysoki czynsz i uprawiała poletka mniejsze niż pół hektara, by wyżywić rodzinę i zarobić na opłaty. W ten sposób rozpoczął się proceder uzależnienia od ziemniaków, które pozwalały jedynie przeżyć, lecz nie zarabiać. Ten układ nie dawał żadnej szansy na rozwój i wyjście z ziemniaczanej pułapki.

Od początku XIX w. wiele angielskich komisji ostrzegało, że Irlandia balansuje na krawędzi klęski głodowej. Jednakże powyższe głosy pozostały bez odzewu i nie podjęto żadnych środków zaradczych. Prasowe doniesienia o głodzie brytyjski premier Robert Peel uznał za przesadne i dopiero raport kolejnej komisji wywołał duże zamieszanie. Ze względu na brak możliwości udzielenia pomocy publicznej, która zachwiałaby rynkiem zboża, gabinet miał związane ręce. W związku z tym postanowiono nie robić nic, a problem pozostawić niewidzialnej ręce rynku. Następcą Peela został Karol Russell, który powierzył misję zażegnania kryzysu Karolowi Trevelyanowi, który twierdził, że rozdawanie jedzenia rozleniwi Irlandczyków i uzależni od pomocy z zewnątrz. Dlatego też postanowiono, że odtąd potrzebujący będą musieli zarobić na żywność biorąc udział w robotach publicznych. W rzeczywistości powyższy pomysł nie miał żadnego planu. By zająć czymś ludzi kazano im budować drogi na pustkowiach nie dbając o to czy gdziekolwiek prowadzą. Mimo programu robót nie rozwiązano problemu głodu. Co gorsza, na przełomie 1846 i 1847 r. Irlandię nawiedził niespotykany dotąd śnieg. Zasypał wioski i leżał na polach aż do maja.

Pomnik ofiar Wielkiego Głodu (Dublin), źródło: domena publiczna.

Po zabiciu ostatnich zwierząt domowych do jedzenia zostały jedynie ślimaki, trawa i zioła. Poza tym pojawiły się epidemie biegunki, czerwonki, tyfusu i cholery. Śmiertelność była tak wielka, że porzucono ewidencjonowanie zmarłych. Zdesperowani ludzie dopuszczali się nawet kanibalizmu. Wielu mężczyzn świadomie popełniało przestępstwa, by ich aresztowano i zesłano do Australii, gdzie uniknęliby śmierci z głodu. Tymczasem z portów odpływały statki pełne irlandzkiego zboża i innych płodów rolnych. Brak reakcji ze strony rządu został zastąpiony przez prywatną filantropie. Mimo to przekazana pomoc była jedynie kroplą w morzu potrzeb. Dopiero pod presją opinii publicznej z kontynentu brytyjski rząd ugiął się i podjął nowe działania. Rozpoczęto wielki program karmienia Irlandczyków, którego koszt mieli pokryć mieszkańcy Zielonej Wyspy, na których nałożono większe podatki. By zapłacić wyższą daninę ludzie musieli pozbywać się swoich majątków i przenosić się do przytułków. W ten sposób Irlandia miała 3 mln bezdomnych, czyli więcej niż przed otrzymaniem wsparcia.

Po kolejnej ciężkiej zimie zaczął narastać bunt. W innych okolicznościach doszłoby do wybuchu rewolucji, lecz Irlandczycy nie posiadali broni, liderów oraz siły. Wobec tragicznej sytuacji na wyspie wiele osób podjęło decyzję o emigracji do Kanady i Stanów Zjednoczonych. Londyn przez następne stulecie odczuwał skutki wielkiego głodu w Irlandii. Spiski, powstania i wojna o niepodległość, jak również irlandzki terroryzm nie byłyby możliwe bez wsparcia zza oceanu. Gdy zaraza odeszła, Irlandia była już zupełnie innym krajem. Wyspę opuściło 1,5 mln mieszkańców, a kolejny milion umarł z głodu lub z powodu chorób. Do dziś trwają spory czy ta katastrofa była skutkiem planowanego ludobójstwa, zaniedbania czy popełnionych błędów.

Źródła:
Historia powszechna. Tom 17 –Wiek imperializmu, Kraków 2008.
P. Bożejewicz, Ziemniaczana apokalipsa, Rzecz o Historii z 4.05.2018 r.

Może zainteresują Cię też inne artykuły:

Recenzja książki „Bramy Kijowa”

Ciekawość została zaspokojona! W moje ręce trafiła druga część trylogii piastowskiej pt. „Bramy Kijowa”. Czy kolejna książka Grzegorza Kochmana dorównuje…
CZYTAJ DALEJ

Skandal, który zmienił Francję

Zgodnie z treścią notatki znalezionej w koszu na śmieci niemieckiego attaché wojskowego w Paryżu francuski oficer miał dopuścić się sprzedaży…
CZYTAJ DALEJ

Recenzja książki „Jedzenie i picie w średniowieczu”

Już na wstępie autor książki ostrzega czytelnika, że w jego książce nie znajdzie przepisów kulinarnych. Zapoznając się z kolejnymi rozdziałami…
CZYTAJ DALEJ