Kulisy słynnej ekspedycji arktycznej

Celem wyprawy było odnalezienie Przejścia Północno-Zachodniego, która ostatecznie przyniosła jedynie śmierć. Po ponad 170 latach od zaginięcia ekspedycji Franklina na ternie Arktyki wciąż do końca nie znamy wszystkich szczegółów tej tragicznej eskapady.

Sir John Franklin, dowódca wyprawy, źródło: domena publiczna.

O poranku 19 maja 1845 r. z portu w Greenhithe w Anglii wyruszyły dwa żaglowce: HMS „Erebus” i HMS „Terror”. Na ich pokładach znajdowało się 24 oficerów i 110 członków załogi. Na czele ekspedycji stanął sir John Franklin, a jego zastępcą został Francis Crozier. Celem, jaki postawiła przed ekspedycją brytyjska Admiracja, było wytyczenie żeglownej drogi morskiej przez Arktykę, łączącą Morze Baffina i Morze Beauforta, czyli tzw. Przejście Północno-Zachodnie. Stawka była wysoka, ponieważ potencjalny sukces pozwoliłby istotnie skrócić drogę z Europy na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych i do Azji. Na przeszkodzie stał jednak lód, ekstremalnie niskie temperatury i silny wiatr. Końcowy sukces ułatwić miał fakt, iż część tamtejszych terenów była już zbadana i naniesiona na mapy. Niestety, były również i takie miejsca, które wciąż stanowiły terra incognita dla ówczesnych żeglarzy.

Dla Johna Franklina nie była to pierwsza tego typu ekspedycja. Miał na swoim koncie trzy wyprawy w głąb Arktyki i spore doświadczenie w przetrwaniu w skrajnie ekstremalnych warunkach. Natomiast zdecydowana większość załogi po raz pierwszy znalazła się na terenie Arktyki. Mimo to organizatorzy byli pewni sukcesu, ponieważ wyprawa była skrupulatnie przygotowana i wyposażona w sprzęt najwyższej klasy. „Erebus” i „Terror” zostały wyposażone w silniki parowe, które powalały im rozwinąć prędkość czterech węzłów na godzinę (7,4 km/h), a pomieszczenia dla załogi wyposażono w centralne ogrzewanie parowe. Na pokładach statków umieszczono osiem tys. puszek z mięsem, które miały zapewnić pożywienie na trzy lata. Natomiast w wolnej chwili załoga mogła skorzystać z biblioteki z ponad tysiącem książek lub pianoli z 50 utworami. Również prasa podtrzymywała powszechny entuzjazm i pisała, że ekspedycja jest skazana na sukces. Zapomniano jednak o tym, że ostatnie słowo zawsze należy do natury. Pod koniec lipca 1845 r. „Erebus” i „Terror” były po raz ostatni widziane na Morzu Baffina przez załogę statków wielorybniczych. Od tego momentu ślad po ekspedycji Franklina zaginął.

Statki wyprawy Franklina poszukujące Przejścia Północno-Zachodniego, źródło: domena publiczna.

W 1848 r. pod naciskiem brytyjskiej opinii publicznej oraz żony Franklina zorganizowano pierwszą ekspedycję ratunkową. Po niej nastąpiły kolejne. Chętnych do odszukania zagubionych marynarzy nie brakowało, ponieważ za ich odnalezienie wyznaczono nagrodę w wysokości 20 tys. funtów (ponad 1,8 mln według kursu z 2018 r.). Pierwsze ślady odkryto w 1850 r. na wysepce Beechey, niedaleko Wyspy Cornwallisa, gdzie natrafiono na ruiny obozowiska, stertę puszek i trzy groby. Bardziej niepokojące informacje dostarczył szkocki podróżnik John Rae. W 1854 r. w rejonie półwyspu Boothia dowiedział się od plemienia Inuitów, że klika lat wcześniej tubylcy spotkali na Wyspie Króla Williama kilkudziesięcioosobową grupę głodnych białych ludzi kierujących się na południe. Ich zdaniem przybysze byli w marnym stanie fizycznym oraz psychicznym i posuwali się nawet do aktów kanibalizmu. Jako dowód przekazali Rae wiele drobnych przedmiotów należących do ekspedycji, m.in. srebrny talerz z wygrawerowanym napisem „Sir John Franklin”. Ostatecznie John Rae otrzymał połowę wyznaczonej nagrody, a jego odkrycia potwierdzili inni podróżnicy, którzy rok później odkryli kolejne przedmioty na wyspie Montreal.

W marcu 1854 r. Wielka Brytania oficjalnie uznała członków wyprawy za zmarłych i wstrzymała finansowanie dalszych poszukiwań. Mimo to lady Franklin postanowiła z własnej kieszeni opłacić prowadzenie poszukiwań, na czele których stanął Francis McClintock. William Hobson, jeden z jego zwiadowców, odnalazł notatki ukryte w kopcu na Wyspie Króla Williama, porzuconą łódź ratunkową, dwa szkielety i sporą ilość przedmiotów należących do członków ekspedycji. Wciąż jednak nie było wiadomo gdzie znajdują się oba okręty i co stało się z pozostałymi uczestnikami wyprawy. Kolejne przełomowe odkrycia miały miejsce dopiero kilkadziesiąt lat temu. W latach 80. i 90. XX w. przeprowadzono szereg wykopalisk archeologicznych na Wyspie Króla Williama. Na ich podstawie potwierdzono opowieści Inuitów o kanibalizmie. Pytanie brzmiało co doprowadziło ich do takiego aktu desperacji? Na postawie analizy kości marynarzy naukowy wykryli w nich podwyższony poziom ołowiu. Źródłem ołowianej trucizny były puszki z żywnością oraz system destylacji wody pitnej. Okazało się, że dostawca konserw umieścił w nich zepsute mięso i niedbale zalutował je ołowiem. Do tego unikalny system oczyszczania wody był najprawdopodobniej wykonany w dużej części z ołowiu. Poprzez wodę pierwiastek wnikał do organizmów marynarzy i zatruwał je. Co jednak stało się z okrętami? Dopiero we wrześniu 2014 r. na dnie Zatoki Królowej Maud Kanadyjczycy namierzyli „Erebusa”. Natomiast dwa lata później u wschodnich wybrzeży Wyspy Króla Williama odkryto znakomicie zachowany „Terror”. Co ciekawe, obydwa okręty znajdowały się w dużej odległości od siebie.

Plakat oferujący nagrodę za pomoc w znalezieniu wyprawy, źródło: domena publiczna.

Na podstawie ponad 50 wypraw jesteśmy w stanie ogólnie odtworzyć przebieg wydarzeń ekspedycji Franklina do kwietnia 1848 r., gdy Crozier wydał rozkaz opuszczenia uwięzionych w lodzie statków i dotarcia pieszo po lodzie do stałego lądu. Jednak ostatni etap tragedii jest jedną wielką tajemnicą. Niesamowite zimno, zatrucie ołowiem, szkorbut i inne choroby w połączeniu z głodem sprawiły, że ludzie popadali w szaleństwo i umierali. Ostatecznie żaden z uczestników wyprawy Franklina nie przeżył. Naukowcy wciąż pracują nad rekonstrukcją ostatnich chwil życia załogi obydwu statków chcąc odpowiedzieć na pytanie co tak naprawdę ich zabiło i dlaczego nie skorzystali z pomocy Inuitów. Paradoksalnie, wyprawa Franklina miała jeden pozytywny aspekt. Jej zaginięcie zainicjowało trwającą wiele lat akcję ratunkową, w trakcie której odkrywcy nanosili na mapy nieznane wcześniej miejsca. W ten sposób gruntownie poznano arktyczne tereny Kanady. Przejście Północno-Zachodnie jako pierwszy przepłynął Roald Amundsen w latach 1903-1905. Przeprawa okazała się jednak na tyle trudna, że do dziś nie zyskała na popularności i okazała się nieprzydatna do celów handlowych.

Źródła:
Wielkie zagadki przeszłości pod red. E. Wierzbickiej, Warszawa 1996.
E. Brooke-Hitching, Złoty atlas, Poznań 2018.
K. Jóźwiak, W lodowej pułapce, Uważam Rze Historia nr 6 (99) czerwiec 2020.

Może zainteresują Cię też inne artykuły:

Recenzja książki „Profesor Weigl i karmiciele wszy”

Wśród wielu wybitnych polskich naukowców jeden z nich zapisał się na kartach historii jako pogromca tyfusu plamistego. Stworzona przez niego…
CZYTAJ DALEJ

Recenzja książki „Czarna owca medycyny”

Przez wiele lat psychiatria była traktowana jak czarna owca medycyny. Konsultacja u psychiatry była ostatecznością i wielokrotnie wiązała się z…
CZYTAJ DALEJ

Bohater czy czarny charakter?

Zmarły niecały rok temu Robert Mugabe przez blisko 37 lat pełnił najważniejsze funkcje państwowe w Zimbabwe. Z jednej strony stał…
CZYTAJ DALEJ